Jak pokochać centra handlowe?

Czy myśleliście kiedyś nad tym, jak wygląda życie kobiety, jak się zmienia cała jej rzeczywistość po urodzeniu dziecka? A nad naszym zachowaniem się zastanowiliście – jak my, społeczeństwo, traktujemy matki, oceniamy ich decyzje i działania, przypatrując się przypadkowo spotkanym na ulicy kobietom z wózkami? Jak łatwo przychodzi nam krytykowanie?

Pragnę pochylić się nad książką, która ostatnio wpadła mi w ręce. Jest to pozycja, zabierająca głos w bardzo ważnym temacie, dzięki niej przeciętny czytelnik zapoznaje się z arcypoważnym tematem, spychanym skądinąd w dzisiejszych czasach mocno na margines świadomości. Jest to bardzo istotny głos, przełamujący pewne tabu, dotyka bowiem tematu na co dzień przemilczanego, odstawionego na bok. Niewątpliwie prowokuje czytelników do dyskusji, przede wszystkim zastanowienia się nad sprawą, otwiera oczy na bolesną prawdę. A mowa tutaj o problemach, a uściślając, problemach macierzyństwa.

Niektórym się wydaje, że bycie matką to sama przyjemność: przede wszystkim masa wolnego czasu, spokój, szczęście i długi wypoczynek, bo przecież CZYM MATKA MA BYĆ ZMĘCZONA?! To straszne, że znacząca część społeczeństwa, nie tylko mężczyzn (których absolutnie nie chcę tu atakować), ale też kobiet, również, o ironio, MATEK, właśnie w ten sposób postrzega zmartwienia, których doświadcza nota bene sporo z nas.

Właśnie o tym mówi książka Jak pokochać centra handlowe. Oparta na doświadczeniach autorki, ale też wielu kobiet, z którymi autorka przeprowadziła szereg rozmów. Dzieło zawiera głos mocny, bazujący na realnych przeżyciach – dzięki temu jest dosadna, autentyczna i głęboka.

Pozycja Natalii Fiedorczuk-Cieślak nie przypadkowo znalazła się na mojej półce, książka zdobyła bowiem ważną nagrodę – Paszporty Polityki 2016. Jak sama mówi, nie spodziewała się tej nagrody, było to dla niej kompletne zaskoczenie. Wśród nominowanych byli też Stanisław Łubieński z książką Dwanaście srok za ogon, oraz Zośka Papużanka i On. Obie książki napisane na bardzo wysokim poziomie, do czytania serdecznie zachęcam! 😉

Bohaterką powieści jest młoda kobieta. Poznajemy ją, kiedy jest w pierwszej ciąży. Objaśnia nam już na samym początku swój stan emocjonalny – ma depresję. Wspomina o terapii, na którą uczęszczała, a więc depresja pojawiła się u niej jeszcze przed ciążą. Nie może w nocy spać, paranoicznie obawia się poronienia, a na terapii zostaje obrzucona wyzwiskami z powodu nieodpowiedzialnego czynu, jakiego się dopuściła: pracuje na umowie śmieciowej, bez zasiłku, bez pomocy materialnej w przyszłości (lecz co ona biedna może na to poradzić? czyż nie wielu z nas jest w podobnej sytuacji materialnej?).

W kolejnych rozdziałach przechodzimy przez jej życie, coraz bardziej zagłębiając się w trudną rzeczywistość, poznając dokładniej bohaterkę i jej zmagania ze światem: przyjemność jazdy samochodem („jeżdżenie samochodem to jedna z nielicznych ciążowych przyjemności. (…) jazda autem sprawia, że czasem czuję się jak tak zwany człowiek”), problemy ze snem, obsesję sprzątania, trudne nastroje, kłótnie z mężem, potrzebę rozmowy z kimkolwiek o swoich problemach. Kobieta jest zamknięta w sobie, musi sama zmagać się ze wszystkim i pokazuje nam, czytelnikom, jaki to ogromny problem, jak trudno poradzić sobie z prostymi, codziennymi zadaniami. Później niespodziewanie pojawia się drugie dziecko. Otoczenie jest obce dla bohaterki – żyje w przestrzeni nowoczesnych osiedli i tytułowych centrów handlowych – kręgu izolujących się, zamkniętych na siebie ludzi.

Autorka Centrów handlowych opisuje problem depresji poporodowej i macierzyństwa w realiach podmiejskich osiedli, gdzie społeczność separuje się, całkowicie odcina od wielkomiejskiego życia. To przestrzeń indywidualistów, samotników, ludzi kompletnie sobie obcych. To, że widzimy świat przedstawiony z takiej właśnie perspektywy umożliwia nam niemalże namacalne wejście w sytuację życiową bohaterki. Społeczeństwo, w którym matka skazana jest na konieczność polegania tylko na sobie, trochę jakby też walki z wszechogarniającym niezrozumieniem, odrzuceniem, nienawiścią (choć może to za mocne słowo). Tak, najbardziej uderza mnie w tej książce samotność bohaterki, samotność także w środowisku matek. Nie ma tutaj wsparcia i jakieś takiej zbiorowej solidarności, a wręcz ogromna niechęć np. do sposobu wychowania dziecka (co faktycznie widać np. w wielkim internetowym świecie, na wszystkich forach dla matek, gdzie każda potępia każdą za zbyt szybkie odstawienie od piersi, podawanie stałych pokarmów czy innych kwestiach opiekuńczo-wychowawczych). A w gruncie rzeczy KAŻDA z tych kobiet jest taka sama (w większym czy mniejszym stopniu), one wszystkie zmagają się z podobnymi problemami – jestem o tym przekonana. Dlaczego więc sobie nie pomagają? To jest chyba taki sposób na poczucie siły w samej sobie – pokazać, że jest się supermatką, zaradną, mądrą, radzącą sobie ze wszystkim bez pomocy osób trzecich. A ta „walka” z innymi matkami jest chyba sposobem na podniesienie własnej samooceny („halo, ja panuję nad wszystkim, odczepcie się ode mnie, najlepiej wiem, jak dbać o moje dzieci!”).

Czy ktoś zastanawiał się kiedykolwiek w ogóle nad tym, jak wygląda życie matki? Czy ma ona czas na samorealizację, rozwijanie swoich pasji, czy ma możliwość zaplanowania sobie życia tak, jak chce? Ile razy oceniamy kobietę, próbującą poskromić na środku sklepu swoje dziecko, które nagle z niewyjaśnionych powodów dostało ataku histerii? Mówimy wtedy: pozwoliła dziecku wejść sobie na głowę, więc teraz nie potrafi sobie z nim poradzić. Dlaczego tak łatwo jest nam oceniać jej kompetencje? Najprościej jest powiedzieć: po co rodziła dziecko, skoro teraz tak narzeka na wszystko. Jak łatwo jest wszystko komentować… a tymi komentarzami wyrządzamy wiele przykrości.

Mnie także – tak samo jak autorkę – zastanawia, dlaczego tak zmienia się status społeczny kobiety w momencie urodzenia dziecka. Poczynając od sprawy karmienia czy przewijania dziecka w miejscu publicznym (dyskusje na tym gruncie są wciąż gorące), poprzez wychowanie, opiekę, a na samej matce skończywszy (oceniamy jej wygląd, zachowanie wobec dziecka itd.). Każdy ruch tej biednej kobiety podlega ocenie osób postronnych, przypadkowo spotkanych w sklepie. Jak więc ma ona czuć się dobrze będąc matką?

Po ukazaniu się Centrów handlowych zauważyłam większe zainteresowanie tematem. Liczne komentarze kobiet pod wieloma wywiadami z autorką pokazują, jak ważny jest to temat. Książka stała się dla kobiet pewną inspiracją do głośnego wyrażania bólu, mówienia o depresji poporodowej, trudach wychowania. Wiele kobiet dostrzegło w bohaterce odbicie samych siebie, tym samym zrozumiało, że nie są osamotnione w tym temacie. Dużo matek ma podobne problemy, zmagania ze światem. Cudowne jest to, że macierzyństwo, w zasadzie (chyba?) po raz pierwszy zostało ukazane od tej ciemnej, lecz prawdziwej strony. Nikt nie próbuje tutaj ukryć prawdy pod słodką ekstazą błogosławionego stanu, pięknego zapachu niemowląt i malutkich, słodkich dziecięcych buziek (bo tak z reguły jest to zobrazowane – cudowny różowy bobas, uśmiechający się z dziecięcego łóżeczka i jego piękna, wesoła mama).  Oczywiście nie mówię, że każde macierzyństwo tak wygląda, bo to nie o to chodzi. Sęk w tym, że mit szczęśliwej matki króluje we współczesnym świecie, dlatego tak trudno kobietom zwyczajnie przyznać się do tego, że sobie nie radzą, że nie jest tak kolorowo, jak według opinii publicznej być powinno.

Książka ma głęboki wydźwięk. Głos niewątpliwie potrzebny we współczesnym świecie. Takie głosy, jak ten, należy rozpowszechniać, promować, mówić o nich. Wiele z tych scen jest pewnie mocno przerysowanych – lecz słusznie, bo dzięki temu mają większy rozmach. Być może spojrzenie na matki z takiej skrajnej perspektywy zmusi nas do empatii i takiego zatrzymania się, zastanowienia nad losem tych wielu kobiet. To dlatego ta książka jest taka ważna – pokazuje macierzyństwo w nowym, prawdziwym świetle, nie próbuje go sztucznie upiększać.

Pozycja jest napisana prozą, a więc bardzo przystępnie się ją czyta. Natalia Fiedorczuk bardzo umiejętnie posługuje się językiem (dość prostym), a to sprawia, że ta relacja staje się żywa, prawdziwa. Dysponuje przy tym sporym zasobem ironicznego gorzkiego humoru, który dodatkowo podkreśla to, że bohaterka zdaje sobie sprawę ze swoich problemów i sama próbuje się do nich zdystansować. A dzięki takiemu lekkiemu stylowi książka zachęca nas do dalszego odkrywania świata literackiego. Stosunkowo prosty, jednak dosadny język sprawia, że niemalże wchodzi się w rolę bohaterki. Autorka w jednym wywiadzie powiedziała: „Sama książka jest prosta, prosto napisana. Gdzieś przeczytałam, że trzeba pisać tak, żeby zrozumiało dziecko”. Dzięki temu książka spełnia swoje zadanie. Pozycja obowiązkowa w zasadzie dla wszystkich, a już w szczególności dla tych, którym się wydaje, że macierzyństwo to czas usiany różami. Wcale nie jest tak słodko, jak się wydaje…

Gorąco polecam, IC.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *